Co czuję? Co myślę? Co robię? (na 3 tygodnie przed maratonem!)

4 września 2016 20:57 1 1987
zachod (1 of 1)-11

Już tylko 3 tygodnie dzielą mnie od największego, sportowego wyzwania na ten rok! Co czuję? Co myślę? I co robię? (Na 21 dni przed maratonem  :lol: )

CO CZUJĘ??

STRACH oczywiście. Ogromny strach! Czy podołam takiemu wyzwaniu?! Czy wytrzymam kilka godzin nieustannego biegu? Bądź co bądź czeka mnie dystans 42KM 195M - to morderczo długo i daleko, i nigdy jeszcze nie przebiegłam nawet połowy tego dystansu. Czuję, że nie jestem wystarczająco przygotowana i że jak zwykle – porywam się z motyką na słońce. Czuję, że jestem wariatką…

CO MYŚLĘ???

Podobnie też myślę, bo czy nie wariat porywa się od razu na maraton?? Czyż nie rozsądniej byłoby najpierw przebiec 5-10km i zobaczyć w ogóle jak to jest na takich zawodach? Albo chociaż półmaraton – ambitny, acz realny. Bo czy można mówić o realności przebiegnięcia maratonu, kiedy na swoim koncie ma się 22 lata destrukcji organizmu (trybem życia) i ledwie 9 miesięcy stażu w sporcie?? Czy są jakieś szanse powodzenia, kiedy moja “objętość” treningowa to ledwie 20km tygodniowo??

Myślę, że szanse mam, chociaż 50/50. Z jednej strony analizuję kondycję swojego ciała – z drugiej zaś głowy. I chociaż w głowie mam wiele motywacji, to jednak z ogólną kondycją mojego ciała jest raczej cienko. W sport weszłam forsownie – od razu z grubiej rury: bieganie, siłownia, łącznie 4-8 treningów w tygodniu. Efekty? Przetrenowanie i kontuzja. Oczywiście poprzedzały ją fantastyczne jak dla mnie wyniki własnych możliwości (szybkościowych i wytrzymałościowych), ale ciało nie wytrzymało ostatecznie ciśnienia… No cóż, ciało zapamiętuje – 22 lata “kanapingu” wychodzą…

Myślę, że kiepsko stoi też moja dieta. Minął już okrągły rok, jak jestem wegetarianką, do tego bardzo aktywną od kilku miesięcy. To stawia spore wymagania, żeby dostarczać wszystkich niezbędnych składników odżywczych i zachować ciało w pełnym zdrowiu. Wszystko szło mi jak po maśle, ale podczas wakacji „trochę” się rozbestwiłam i przestałam gotować. Za to – przyznaję się bez bicia – od dłuższego czasu zapycham kichy słodyczami i makaronem z pesto. A skutki? Takie, że w kwietniu biegałam bez problemu po 20km a dziś okrutnie męczą mnie 5… Wstyd! Naprawdę wstyd i hańba!

Myślę, że jeśli cokolwiek ma mnie na tej trasie powstrzymać, to właśnie kontuzja. Bo czy boję się, że nie przebiegnę maratonu o własnych siłach? Boję, ale tylko trochę – bo jak nie przebiegnę, to przejdę. Limit czasu to 6:30h, a więc ponad 9 min na 1 km. To naprawdę sporo. Czy mam ambicję przebiec go szybciej? Mam, oczywiście, ale to nie jest cel na ten rok. Sama odległość jest dla takiego sportowego laika jak ja – wystarczająca, że tak powiem. Wystarczająca, aby czuć się zwycięzcą… Więc jeśli coś może mnie powstrzymać przed zwycięstwem to tylko i wyłącznie kontuzja! Albo biegunka…

CO ROBIĘ????

Nadal biegam. Słabo i bez formy, no ale nie poddam się teraz przecież nie?! Poza tym zrezygnowałam już właściwie z siłowni i do maratonu skupiam się tylko na bieganiu. Co więcej, mój wspaniały mężczyzna również zrobił sobie przerwę w tym miesiącu i aktywnie wspiera mnie na szlaku! On doskonale wie, jak ruszyć moją formę fizyczną, a tym bardziej wie, jak ważny jest dla mnie teraz psychicznie. Bo mimo pozytywnego nastawienia mam chwile zwątpienia… Ciężko nie mieć po ledwie wydyszanej piątce na 3 tygodnie przed maratonem…

Poza tym walczę z dietą – to już ostatni dzwonek na uzupełnienie braków, czas zacząć tankować swoje ciało najwyższej jakości paliwem! Cierpię okrutnie – bo nie lubię gotować, nie lubię zmywać i nie lubię cisnąć się w tym mieszkaniu – bez piekarnika i zamrażarki. Ale nieustannie sobie powtarzam, że osiąganie celów to ciężka batalia – przede wszystkim z samym sobą. Ze swoimi słabościami, lenistwem, wymówkami. To walka wymagająca wielu poświęceń i jeszcze większej pracy na wielu płaszczyznach życia. CZY DAM RADĘ?!

zachod (1 of 1)

Tak czy siak, niezależnie od tego co będzie, pragnę Wam, ale jeszcze bardziej sobie, zakomunikować jedno:

JESTEM ZWYCIĘZCĄ!

Już zwyciężyłam to, co było dla mniej najcenniejsze – zdrowie, wyrzeźbioną sylwetkę i upodobanie do sportu. Ja – największy leniuch wszech czasów, dziewczę, co wiecznie wagarowało z wuefu, co nie ma siły odbić piłki tak, by doleciała do siatki – ja, absolutnie NIE na sport – uprawiam sport! Regularnie, od ponad 9 miesięcy. A moje ciało? Nigdy nie wyglądało lepiej. Nawet jak miałam 15 lat! A zdrowie? Nie licząc ostatnich potknięć z dietą – mam zdecydowanie więcej siły i energii! W ogólnym rozrachunku wygrałam to, co było dla mnie najcenniejsze. To, co naprawdę chciałam wygrać!!

Ale to nie zmienia faktu, że maraton, byłby taką wisienką na torcie :D Ukoronowaniem tych wszystkich moich wysiłków, zwieńczeniem sportowego wyzwania na ten rok! Kolejnym, spełnionym marzeniem i przede wszystkim – kolejnym dowodem na to, że #NiemożliweNieIstnieje <3 :D

No dobra, a teraz czas na dobre rady:
CO POWINNAM WIEDZIEĆ PRZED SWOIM PIERWSZYM MARATONEM?
I pierwszymi zawodami ogólnie :P ?? Jeśli masz, choćby i minimalne doświadczenie, to podziel się ze mną proszę swoimi doświadczeniami!!

Kategorie
Tagi

Zobacz wpisy

Dodaj komentarz

One Response to Co czuję? Co myślę? Co robię? (na 3 tygodnie przed maratonem!)

  1. Kuba pisze:

    Ja swój pierwszy maraton przebiegłym po roku biegania. Brak doświadczenia doprowadził do tego, że przeżyłem mega kryzys. Nie potrzebnie przyspieszyłem po 10 km. Wydawało mi sie, ze biegnę za wolno, że stać mnie na szybszy bieg… i boom to był maraton i mnie sprowadził na ziemie.
    Najważniejsze to wierzyć w siebie, ale z szczunkiem podejść do dystansu i nie szarżować. Maraton biega sie głową.
    Powodzenia na trasie.
    Ja w Wawie atakuje życiówkę, chce pobiec na 3h40′

up