Gdy nadchodzi kryzys…

12 czerwca 2016 18:49 9 5415
_DSC5101

Stajesz się bezproduktywny, leniwy i jeszcze bardziej bezproduktywny, czemu towarzyszy nieustannie narastające uczucie beznadziejności i upokorzenia. Doświadczasz psychicznego upadku, który jeśli utrzymuje się dłużej niż 7 dni można już nazwać kryzysem. Z każdym kolejnym dniem wyjście z tego rozpaczliwego schematu jest coraz trudniejsze, ale dobra wiadomość jest taka, że dalej niż na samo dno już nie spadniesz. A od dna można się odbić!

Nie różnimy się od siebie aż nadto. Jesteśmy prawie tacy sami, nawet jeśli pozornie nic na to nie wskazuje. Ale tak samo chodzimy do pracy, prowadzimy życie towarzyskie i tak samo miewamy problemy. Pewnie Ci wiadomo, że ostatnimi czasy moja matka miała poważny wypadek i trafiła do szpitala. Tak się składa, że ona nadal tam jest, już prawie 2 miesiące, podczas których jeżdżę tam prawie dzień w dzień. A jakby tego było mało, czeka ją kolejna operacja… Pewnie Ci wiadomo, że mieliśmy problem z księgową, która nie wywiązywała się z obowiązków i musieliśmy ją zmieniać w najbardziej gorącym okresie, bo podczas składania PITów. A jakby tego było mało – teraz się okazało, że jej błąd może nas kosztować nawet 65tys. złotych. Pewnie Ci wiadomo, że miałam kontuzję pachwiny, która wyłączyła mnie na prawie 3 tygodnie z aktywnego biegania, a moja wydolność przerażająco wręcz zmalała. A jakby tego było mało – nie potrafię teraz odnaleźć w sobie tej siły i pasji, z jakimi podchodziłam wcześniej do biegania. I to ostatecznie mnie dobiło. I bardzo, ale to bardzo spowolniło.

Potem poległa już dieta, siłownia, blog i moje wszelkie chęci do działania. Odpuściłam. Postanowiłam to przeczekać. Pomyślałam sobie, że nowe bodźce w Skandynawii dadzą mi potężnego kopa (co zapewne się stanie), ale co do tego czasu? Czy naprawdę muszę na coś czekać? A co gdybym takiego wyjazdu w planie nie miała? Ile bym się nad sobą użalała?!

No właśnie. To nic innego jak głupie wymówki i użalanie się nad sobą. Oj, bo ja mam tak źle w życiu. Jakie nieszczęścia mnie spotkały. Jak mnie zdemotywowały… To może teraz wszystko odpuszczę i poczekam sobie jeszcze trochę w tej bezproduktywnej agonii, aż sięgnę dna… NIE! Czas sobie uświadomić, że to co robię krzywdzi tylko mnie samą. Użalanie się nad sobą nie poprawi mojej trudnej sytuacji a na cuda nie mam co liczyć. Liczyć to powinnam na siebie, a zła jestem, że siebie zawodzę.

W sumie to jednak nie. Nie jestem zła. Kryzysy są raczej nieuniknione tak w życiu, jak i w gospodarce i w sumie miałam świadomość, że kiedyś taki nadejdzie. Zawsze nadchodzą. Życie lubi nas sprawdzać. Wystawiać na próby. Tym razem jednak ciosy były silne, skumulowane, naprawdę bolesne. Ale mówią – co Cię nie zabije, to wzmocni! Dlatego z dotychczasowych “problemów” wyciągam wnioski, szukam rozwiązania. Odpalam sobie swojego posta o tym – „Jak się motywować?” i nakręcam sama siebie (w przenośni :-D ). Nie jestem typem osoby, która łatwo się poddaje! Ok, czasem wątpię, mam złe chwile – jak każdy. I jak każdy potrzebowałam przerwy. Ale nigdy nie zapomniałam o celu, do którego zmierzam. O życiu, jakie sobie wymarzyłam. O działaniu, które cały czas przez ten czas podejmowałam – tyle, że wewnętrznego przymusu raczej aniżeli z chęci. Tyle, ile trzeba i niekoniecznie coś ponad to. Może tego potrzebowałam? Może potrzebowałam wyciszenia, ucieczki od nieustannie stawianych wszędzie wymagań? Czasu z rodziną? Sama ze sobą?

W sumie to nawet nie zamierzałam się Ci się z niczego tłumaczyć mój Drogi Czytelniku – bo przecież mam prawo wziąć sobie urlop od blogowania. Jednak wstyd mnie zżera, że od ostatniego posta minęły już 3 tygodnie, a ja nadal tkwię w tym bezproduktywnym, beznadziejnym stanie. Nie chcę Ci się tłumaczyć, ale muszę. Muszę wziąć ten wstyd na barki bo – nie oszukujmy się – zawaliłam. Oboje z Damianem zawaliliśmy. Cóż, pozostaje mi Cię tylko przeprosić i zapowiedzieć, że to nic innego jak cisza przed burzą. (Już za równiusieńko 10 dni – JEDZIEMY NA SKANDYNAWIĘ!!)

A co do kryzysów… one są nieuniknione! Prędzej czy później dotykają każdego z nas. Są niczym innym jak punktami kulminacyjnymi, w których coś się kończy albo coś się zaczyna. Kryzys to sygnał, który powinien dać nam znać, że od dłuższego czasu coś idzie nie tak. Nie w zgodzie z nami. Kryzys mówi nam, że coś powinniśmy przemyśleć, zmienić, że potrzebujemy nowego bodźca. Zmiany otoczenia, środowiska, albo codziennych nawyków. Kryzys mówi, że czas na nowe działania!

A więc… DO DZIEŁA!

Kategorie
Tagi

Zobacz wpisy

Dodaj komentarz

9 comments on Gdy nadchodzi kryzys…

  1. Czytając ten artykuł to tak jak by monie.

  2. karol pisze:

    „…im więcej razy upadniesz, tym łatwiej będzie Ci wstać..”

    To wszystko się dzieje bo żyjesz, wychodzisz z domu, działasz. Przeżywam takie chwile bardzo często, ale staram się na tym nie skupiać. Można nie wychodzić z domu, wtedy może unikniecie problemów.. może.. ale na pewno unikniecie życia.. Żyjecie, stąd wszystkie problemy. My też tak mamy..
    pozdrawiam

  3. Adrianna pisze:

    Hey, głowa do góry Vicky! Macie prawo w tak trudnej sytuacji mieć kryzys, ale najważniejsze, że nie dajecie mu za wygraną :) Czekaliśmy, bo nikt tak nie nakręca pozytywnie jak Wy!
    Gdy znowu złapie Cię kryzys to pomyśl o nas, czytelnikach jak bardzo potrzebujemy tej szalonej dawki pozytywnej energii, kopa do działania. To dzięki Wam zmieniłam sporo rzeczy w moim życiu, nastawienie, żeby wszystko robić na 100 % i jeszcze więcej, żeby nie bać się ryzykować, żeby już dzisiaj myśleć o przyszłości, uczyć się i rozwijać cały czas, żeby spełniać marzenia, bo można, bo się da, że ciężką pracą można dużo osiągnąć, że nawet wolna minuta może być dobrze wykorzystana :) Serio, nie poddawajcie się i nie porzucajcie tego na co tak ciężko pracowaliście przez ostatnie miesiące. Szkoda życia na kryzysy! Zawsze jest jakieś wyjście z wyjścia :D Trzymam mocno kciuki!

  4. Michał pisze:

    Silnego poznaje się po tym ile razy powstał. To w tym właśnie tkwi prawdziwa siła człowieka.

  5. Znajomy pisze:

    Nie ważne ile razy się upada, ważne aby się o 1 raz więcej podnieść;)

  6. Asiapaczu pisze:

    Każdy ma czasem kryzys, ale po burzy zawsze wychodzi słońce.
    Głowa do góry i poradź sobie z tym! :)
    Pozdrawiam!

  7. Boże, ile ja miałam kryzysów, upadków, czasami myślałam,że się już nigdy nie podniosę. Najgorszy był, kiedy ugrzęzłam w pracy, której nie cierpiałam, mało, ja jej nienawidziłam. Nie chciało mi się rano wstawać,w ogóle nic mi sie nie chciało.Z tego wszystkiego zrobiłam się gruba (po raz pierwszy w życiu), bo smutek zajadałam, a więc stałam się jeszcze bardziej nieszczęśliwa. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, przyznaję, szczęście mi sprzyjało,udało mi się wszystko zmienić.Musiałam zajrzeć w siebie i zobaczyć siebie taką , jaką byłam, musiałam przestać sie okłamywać.Zmieniłam wszystko w moim życiu, ale to trwało. Pozdrawiam

    • Vicky pisze:

      Gratuluję. Ale nie sądzę, by to było szczęście. Jestem pewna, że to była Twoja świadoma decyzja i ciężka praca. Powodzenia dalej :*

up