Koszmar mojego pierwszego maratonu

26 września 2016 21:52 3 4668
14463016_10154517284814763_910255076469912021_n

Pot, ból, łzy i… wymiociny liczone w litrach! Oto i on – koszmar mojego pierwszego maratonu!

Po blisko 9 miesiącach mojej przygody z bieganiem, po blisko 500km wybieganych przez ten czas nadeszła TA CHWILA! Czas na wielki sprawdzian. Czas na maraton…

Zdałam! Dnia 25 września 2016 roku, w Warszawie przebiegłam swój pierwszy w życiu maraton. Było to doświadczenie zachwycające i odrzucające zarazem, piękne i okropne, pełne bólu jak i euforycznego uniesienia! Dlatego opowiem Wam wszystko ze szczegółami :P Ale ostrzegam – historia ta pełna jest niesmacznych kąsków!

image (2)

Zaczęło się tak…

ok 3 w nocy – nieplanowana pobudka. Niestety moja podświadomość stresowała się tak bardzo, że wybudziła mnie z pięknego snu i nie dała już zasnąć do samego rana. Wierciłam się to w prawo, to w lewo, aż wreszcie zadzwonił budzik…

7:00 to czas na porządny posiłek przed biegiem. Udałam się więc na hotelowe śniadanie, które kosztowało majątek – tak by the way, i odkryłam z przerażeniem, że nie mogę nic przełknąć. Przez 30 minut udało mi się wepchnąć w siebie tylko 3 łyżki muesli i szklankę soku pomarańczowego…

8:30 …które i tak zwymiotowałam godzinę później, będąc już na miejscu startu… Zostałam z pustym żołądkiem, a wizja przebiegnięcia 42km na czczo nie brzmi optymistycznie. No ale cóż, przecież nie zrezygnuję nie?

9:00 START! A właściwie to dla mnie było to 6 minut później, zanim “odstałam swoje w kolejce” :P Wystartowałam z grupą Pani Asi – pacemakera na czas 4:50. Pani Asia to już niemalże zawodowy biegacz, ma za sobą wiele maratonów i dlatego zaufałam jej doświadczeniu. Biegłam tuż za nią, trzymając jej żółwie – jak mi się z początku wydawało – tempo. (Pamiętając setki historii o tym, jak to za szybki start wykańczać zawodników :P) Od tej pory czas zaczęłam mierzyć w kilometrach ;)

5 pierwszych km mi uciekło. Naprawdę! Pani Asia tak ciekawie opowiadała o Warszawie, o budynkach i pomnikach które mijaliśmy, o historiach związanych z mijanymi przez nas miejscami, że nim się spostrzegłam – wybił 5km! Ze względu na fakt pustego żołądka postanowiłam nie czekać i opędzlować jeden z 2óch posiadanych przeze mnie żeli energetycznych. To był pierwszy i ostatni “posiłek”, który udało mi się zjeść…

Do 10km wszystko szło gładko. Biegłam wciąż z Panią Asią, która skrupulatnie pilnowała naszego tempa. Z tego też względu postanowiłam nie odpalać swojego NRC i nie marnować bez sensu baterii w telefonie. (Postanowiłam ją oszczędzać na moją tajną broń na drugą część biegu – muzykę… Ale ostatecznie i tak nie skorzystałam bo towarzystwo na trasie było znacznie ciekawsze niż muzyka :P) Jednak już w okolicach 10km zaczęłam odczuwać brak snu i śniadania… Zaczęłam opadać z sił… Niestety pozwoliłam swojej grupie się wyprzedzić, a sama pozostałam nieco w tyle i próbowałam wcisnąć w siebie pół banana…

17-18km – to czas, w którym zaczął szwankować mi żołądek, a mięśnie sztywnieć. Męczyłam się okropnie, dlatego pewna dobra dusza poratowała mnie łykiem wygazowanej coli, twierdząc, że pomoże. Niestety nie pomogło – zwymiotowałam wszystko! To był mój pierwszy bełt na trasie i drugi już tego dnia…

25km – kolejne nieudane próby dostarczenia węglowodanów w postaci kostki cukru z magnezem i wody, czyt. – bełt. I to taki już konkretny. Wymiotowałam i wymiotowałam, aż wreszcie zabrakło mi już płynów w żołądku i wymiotowałam jedynie odruchem – powietrzem… Wstrząsnęło to widocznie ludźmi dookoła, bo ktoś wezwał karetkę, i nim skończyłam wymiotować – miałam już u boku dwóch sanitariuszy, którzy zaczęli namawiać mnie na odpuszczenie. Ale nic tych rzeczy! Z pustym żołądkiem od razu poczułam się lepiej i śmignęłam jak z procy do przodu!

ok 28km dopadł mnie prawdziwy kryzys. Łydki miałam już zesztywniałe, niczym 2 twarde pniaczki, i musiałam się zatrzymywać, by trochę je rozmasować. Stopy również zaczęły mi dokuczać – a dokładniej te poduszeczki pod palcami, które coraz mocniej bolały, kiedy na nie stawałam. A stawałam przecież kilkadziesiąt razy na minutę! Byłam już potwornie wymęczona – całym tym bieganiem, rzyganiem, brakiem snu i przede wszystkim – brakiem paliwa w organizmie. To był mniej więcej ten czas, kiedy poczułam, iż wyczerpały mi się zapasy glikogenu w mięśniach (naładowane na szczęście dzień wcześniej) i wtedy właśnie zaczęła się prawdziwa walka o przetrwanie… Coraz częściej i więcej szłam, niż biegłam, rekompensując sobie problemy żołądkowe i mięśnione. Dokuczały mi okropne bóle, sztywniejące mięśnie i wymioty. Naprawdę myślałam wtedy, że to już chyba koniec. Że nie dam przecież rady zrobić jeszcze 14 km!! To wydawało mi się niemożliwe przy moim obecnym stanie fizycznym… Płakałam… Ale podniosłam się i zaczęłam biec z Panem Amerykaninem, którego imienia niestety nie pamiętam. Za to pamiętam doskonale, że Pan pochodził z Waszyngtonu, miał 65lat i ponad setkę maratonów za sobą… Był obłędnie wolny, ale wytrwały – dokładnie takiego towarzysza trzeba mi było!! WIęc biegliśmy tak ze sobą kilometr, może dwa i znowu zrobiło mi się niedobrze. Na drodze stanął mi wówczas mężczyzna, który oddał mi swojego izotonika i zalecił pić, zamiast wody. Miało pomóc, ale oczywiście zwymiotowałam. Od razu. I od razu zrobiło mi się lepiej. Znowu zaczęłam pewnie biec…

32km Gdzieś tam spotkałam Pana Ryśka. Pan Rysiek to absolutnie jedna z najbardziej wybitnych postaci, jakie miałam okazję poznać! Miał – uwaga! uwaga! – 79 LAT!!! Dacie wiarę? 79 lat i biegł jak gdyby nigdy nic! Taka kondycja w takim wieku? Szacun! No ale to ciężko wypracowana kondycja – bowiem Pan Rysiek biega nieustannie od 30 roku życia! Najbardziej zszokowało mnie to, kiedy powiedział, że 2 tygodnie wcześniej biegł jakiś bieg na 32km :O Opadła Wam szczena? No to teraz łapcie najlepsze – Pan Rysiek biegł tak ze mną może z kilometr, może z 1,5, po czym WYPRZEDZIŁ MNIE i zostawił w tyle… Wyobrażacie to sobie? Wyobrażacie sobie co ja wtedy czułam?!

34-35km Nie pamiętam dokładnie, ale bardzo źle się wtedy czułam. Znowu było mi słabo, i to tak słabo, że nie byłam w stanie nawet iść! Jakimś jednak cudem na mojej drodze stanęło 3 rowerzystów z ekipy – nie pamiętam dokładnie, jakie mieli funkcje, ale coś tam związanego bezpośrednio z trasą. Chyba pilnowali czy nikt jej nie skraca i czy wszyscy jeszcze żyją. Wszakże byliśmy już ostatnimi zawodnikami… No ale powracając – Panowie Ci pojawili się niewiadomo skąd i uratowali mnie przed niechybnym upadkiem. Upadkiem, z którego już bym się raczej nie podniosła! Ci Panowie ciągnęli mnie za ręce, kiedy ledwo szłam na własnych nogach, karmili, poili, mimo iż nie mogłam nic przełknąć. Ostatecznie jeden z nich pojechał mi na najbliższy punkt odżywczy po wodę i przywiózł spowrotem, bym mogła się nią opić i… wyrzygać. Ale nauczona doświadczeniem, wiedziałam już, że pomoże. Zrobiło mi się znacznie lepiej i ruszyłam dalej… Chociaż to już nie był bieg – raczej marsz. Szybki bardzo, ale marsz. Bo biec już nie byłam w stanie…

Panowie towarzyszyli mi już do samego końca i muszę przyznać, że to w głównej mierze dzięki nim udało mi się dotrzeć na metę! Byli moim wsparciem technicznym, nosili mi wodę na wyłączność (po całej długości trasy), byli wsparciem mentalnym – rozmawiali ze mną, żartowali, motywowali i nie pozwalali stanąć nawet na sekundę! Ja umierałam a oni kazali mi stawiać nogę za nogą (a właściwie kłodę za kłodą) i nieustannie kłamali, że meta jest już za rogiem :P Nie miałam sił, ale humor bardzo mi się poprawił, dlatego tak sobie szłam, gadałam i nim się spostrzegłam dotarłam na…

40km Już czułam, że wygrałam. Nie było mowy, żebym teraz zrezygnowała. Choćbym się miała czołgać to wiedziałam, że nic mnie już nie powstrzyma. Nadal szłam, bo wszelkie próby przyspieszenia kończyły się po zaledwie kilkudziesięciu metrach, ale widziałam, że mam jeszcze czas, że mogę to dokończyć spacerem.

42.195 Na metę dotarłam w asyście owych panów, czując się niemalże jak jakiś VIP. Były okrzyki, była radość i maleńki już tłumek ludzi, którzy wiwatowali na mój widok ;) I mimo, iż była to już praktycznie końcówka maratonu, ostatnie pół godziny do końca – to nikt się nie śmiał, nie wytykał palcami, wręcz przeciwnie – wszyscy się zachwycali. Ostatecznie mój czas to 6:07 minut…

zachod (1 of 1)-3

Tak, wiem, nie ma czym się chwalić. Samej mi głupio i nie potrafię się czuć jak prawdziwy maratończyk, bowiem maratończyk biega, nie chodzi, ale wiem też, że przemawia ze mnie moja perfekcjonistyczna obsesja. Z obiektywnej strony – wykonałam zadanie, osiągnęłam swój cel. Nie ważne jak. Nie ważne, że ledwo w limicie czasu. Ważne, że się udało… Oj, przepraszam. Nie udało się – JA! JA TO ZROBIŁAM!! Tylko i wyłącznie siłą woli…

Bo siły fizycznej nie miałam i to właściwie od 15 już kilometra. Tym bardziej cieszę się, bo pokazałam sobie, jak bardzo wiele mogę ścierpieć bólu i jak bardzo wytrwała mogę być, kiedy zechcę. Pokazałam sobie, że do celu można dotrzeć – lepiej czy gorzej, ale najważniejsze, że można go osiągnąć! Nawet, kiedy jest tak trudny i ciężki, jak maraton dla osoby, która nienawidzi biegać! Pokazałam, że #niemożliwenieistnieje, że trzeba być cierpliwym i wytrwałym, że nigdy nie można się poddawać, a w końcu ten upragniony cel osiągniemy!

Obiektywnie – nie miałam prawa przebiec tego maratonu! Zbyt wiele błędów popełniłam przed (nieodpowiednia dieta w kluczowym momencie przed zawodami, w rezultacie anemia, lenistwo, w efekcie czego brak długich wybiegań od.. maja!! Moją najdłuższą trasą przed maratonem było lednie 10-13km!! Kiepsko wybrany termin – na ledwie tydzień przed największą podróżą w życiu [czyt. brak czasu żeby się podrapać po dupie, a co dopiero wysypiać czy gotować pełnowartościowe posiłki…]. No i… jeszcze pewne używki, których nie udało mi się odstawić aż do wieczora poprzedzającego ten maraton…). Do tego doszły wszystkie przypadkowe przeszkody (brak snu, komplikacje żołądkowe i bieg właściwie na czczo). Generalnie mogę z czystym sumieniem powiedzieć – to była moja najgorsza kondycja, od kiedy w ogóle zaczęłam biegać!! A mimo wszystko – dałam radę. Zrobiłam to! I mam nadzieję, że ta historia zainspiruje Was do tego, by nigdy nie odpuszczać. Nawet jeśli wydaje się Wam, że nic z tego nie wyjdzie!!!

zachod (1 of 1)

A jak czuję się dziś?

Nie tak źle, jak mi się zdawało, że będę :P Po maratonie jeszcze długo nie mogłam nic jeść – jedyne co mi wchodziło to zimna, gazowana coca-cola – ale też tylko po to, by za chwilę – wyjść z otchłani mojego żołądka… No cóż, ostatecznie na wieczór opanowałam już skurcze i zjadłam kilka precelków. Dzisiaj za to nadrabiam :P Czy mięśnie mnie bolą? Tu mam największy szok, bo nie licząc lekkiego bólu w udach, to z mięśniami nie mam żadnego problemu! Ale to, co mi wysiadło absolutnie – to stawy biodrowe! Przez nie nie mogę ruszać nogami w przód, ani w tył, ani nawet na boki :P ALe to i tak niewiele! Naprawdę spodziewałam się pęcherzy na stopach i tzw. “zakwasów”, a tu suprise – nic z tych rzeczy! Tylko taka ogólnie wymęczona jestem…

No to fizjologia, a jak psychicznie? Psychicznie jestem nieco rozchwiana – z jednej strony przeszczęśliwa, że osiągnęłam cel, w który sama już nawet przed startem nie wierzyłam (stąd stres większy niż przed maturą!). Z drugiej zaś strony głupio mi, za ten okropny czas, za odcinki chodzone a nie biegane, głupio za błędy, które popełniłam. Ale ostatecznie cieszę się, bo zdobyłam SWÓJ PIERWSZY MEDAL w życiu! Pierwszy prawdziwy, za własne osiągnięcie! Cieszę się, że tak wiele sobie udowodniłam! Ciesze się, że miałam okazję poznać na trasie tak wielu wyjątkowych ludzi!! Większości nawet tu nie wymieniłam, chociaż zasługują na wzmiankę – bowiem Ci właśnie nieznani mi ludzie ratowali mnie, wspierali technicznie i mentalnie, pchali do przodu kiedy stawałam… Do tego kibice, ach kibice! Cóż za fantastyczna atmosfera – koncerty, muzyka, tłumy Warszawiaków bijących brawa i zagrzewających do boju! A nawet – dokarmiających pomiędzy punktami odżywczymi na trasie. Ci wszyscy ludzie, z własnej, nieprzymuszonej woli wspierali nas i kibicowali nam, wierzyli w nas.

I teraz ja w siebie wierzę – jeszcze mocniej niż zawsze! Bo każde takie doświadczenie sprawia, że stajemy się osobami coraz mocniejszymi, pewniejszymi i wytrwalszymi! Takie doświadczenia zmieniają punkt widzenia na temat rzeczy możliwych i niemożliwych, na temat nas samych i tego, do czego jesteśmy zdolni. Ja wybrałam bieganie – bo było dla mnie najtrudniejszym sportem. I mimo błędów, które popełniałam i przeszkód, na które natrafiałam –  udowodniłam, że się da! Wytrwale, cierpliwie, konsekwentnie, do przodu – tak właśnie zdobywa się swoje cele! Tak właśnie spełnia się marzenia! Więc nigdy nie chcę już od Was słyszeć, że coś jest niemożliwe!!

PS Zobaczycie jeszcze, że kiedyś zejdę poniżej 3:30 :P Kieeedyś :P

imageNa mecie z panami rowerzystami – zmęczona, ale przeszczęśliwa!!!

Kategorie
Tagi

Zobacz wpisy

Dodaj komentarz

3 comments on Koszmar mojego pierwszego maratonu

  1. Ktos tu dla siebie jest za surowy :). Nie ma znaczenia czy sie biegnie idzie czy czolga – liczy sie przeogromny sukces ukonczenia maratonu!!! Gratuluje przeogromnie!

  2. Niesamowity wynik! Naprawdę podziwiam, nie jedne osoby biegają dłużej od Ciebie i nie dają rady. Gratulacje!

  3. Magda pisze:

    Gratulacje po czasie :)

up