Lazurowe Wybrzeże

6 czerwca 2014 15:11 1 5826
SONY DSC

Francuska Riwiera to lazur wód Morza Śródziemnego i otoczone sławą liczne kurorty, małe i duże, które upodobały sobie gwiazdy, milionerzy i turyści. To okazałe hotele i obdrapane kamienice, to porty, to plaże, to stereotypy o luksusie i ekskluzywności. Ale przede wszystkim to niesamowite widoki!

Lazurowe wybrzeże od początku było najważniejszym (zaraz po Paryżu) punktem naszej wyprawy. Kusiła nas wspomniana sława i blichtr tętniących życiem miast i spokojnych miasteczek. Kusiły jachty, kusiły kasyna, kusiły nazwiska takie jak Churchill, Bardot czy współczesny Abramowicz. Kusiła nas Villa Leopolda – najdroższa rezydencja świata i stereotypy o wyjątkowości tego miejsca. I chociaż Lazurowe Wybrzeże to zaledwie nikła część Prowansji, to wszyscy traktują je jak osobny region turystyczny. Rocznie przewija się tu 10mln turystów.

W tym i my zdołaliśmy zaczerpnąć morskiego powietrza w kilku, osławionych miejscowościach. W każdej z nich spędziliśmy zaledwie kilka godzin, ale to wystarczyło, aby pobieżnie zorientować się, że to co głoszą stereotypy nijak ma się do rzeczywistości. Drogo? Może być, ale nie musi. Ekskluzywnie? Trzeba zapłacić. Najpiękniejsze wybrzeże w Europie? Tylko jeśli lubisz wbijające się kamienie pod stopami i plaże otoczone surową zabudową pozbawioną jakiegokolwiek rysu nadanego przez matkę naturę. So sorry, Lazurowe raczej rozczarowuje. Raczej, bo jest takie miejsce, małe i niepopularne, które zapiera dech w piersiach! Ale o tym później :)

MARSYLIA

Właściwie to jeszcze nie Lazurowe, bo te zaczyna się 30km dalej, od Cassis, acz dla nas to niewielka różnica. Marsylia to nasz początek wyprawy po Francuskiej Riwierze, chociaż zamiast plaży zastały nas porty. Tysiące łodzi, kutrów i statków ulokowanych w równiusieńkich rzędach w zatokach mariny Nowej (Quai) i Starej (Vieux). Ogrom turystów, których nie sposób odróżnić od ogroma mieszkańców, istny tygiel etniczny. Wystarczy przejść się na Dzielnicę Czarnej Afryki albo Dzielnicę Panier aby zaobserwować różnorodność tego najstarszego w kraju miasta. Poobserwować ludzi czarnoskórych, ludzi odzianych w hidżab, ludzi o rysach słowiańskich a nawet azjatyckich. Popatrzeć na obdrapane bloki, kable wystające po zewnętrznej stronie murów, bród pod nogami i nie do końca przyjazny wzrok tubylców. Ale to właśnie ta część miasta jest dla mnie najbardziej interesująca.

 SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC Katedra Sainte Marie de MarseilleSONY DSC SONY DSC SONY DSC

SAINT TROPEZ

Jedziemy dalej, na wschód. Z racji niesprzyjających warunków odpuszczamy fiordy Calanques i kierujemy się wprost na Saint Tropez. Już od pierwszych chwil objawia nam się luksus, bogactwo, okazałe jachty i wytworne Ferrari. Jest cicho, spokojnie, trochę pusto. Pięknem to nie powala za to cenami i owszem. Drogie restauracje, jeszcze droższe sklepy, Lanvin, Dior i Chanel to standard. W pobliżu piaszczysta plaża, ów słynna Plage Pampelonne, w rzeczywistości tak paskudna, że nawet zdjęcia nie zrobiłam. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że stojący tam, niepozorny, drewniany budyneczek to słynny Club 55, w którym jadały sławy takie jak Jack Nicholson czy Penelope Cruz. Nie wiedziałam jeszcze, że butelka szampana kosztuje tam 500 euro, nie wiedziałam, że zaczęło się od Brigitte Bardot i „I Bóg stworzył kobietę”. Swoją drogą, Brigitte nadal mieszka w Saint Tropez i podobno można śmiało wysłać jej list z prośbą o autograf (adres jest ogólnodostępny w internecie). Co prawda Saint Tropez czasy świetności ma już za sobą, ale ludzie wciąż przyjeżdżają tu dla mitu, którym kiedyś żył świat.

 SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC

NICEA, CAP FERRAT i EZE

„Wielka Dama” jak zwą ją Francuzi, Nicea, miasto na wzgórzu z widokiem na morze. Same w sobie dość intrygujące, ale niedoskonałe. Wyświechtane kamienice, z podniszczonymi okiennicami, stające ciasno obok siebie, tworząc jedynie wąskie uliczki, które dodatkowo zastawione licznymi skuterami i samochodami tworzą nie lada wyzwanie by nimi przejechać. Jest ciasno i tłoczno, Damian marudzi. Ale mi to w ogóle nie przeszkadza. Zachwycam się tym nieidealnie idealnym pięknem, jest jakieś takie inne, magiczne, takie francuskie po prostu. Przypomina trochę uliczki z paryskiego Montmartre. W końcu dojeżdżamy do Promenade des Anglais i znowu zamiast zwiedzać, oddajemy się „ciekawszym!” rozrywkom. Tym razem opalanie na pięknej, lecz niewygodnej, bo kamienistej plaży, która ciągnie się kilometrami wzdłuż bulwaru. Widok jest cudowny, zachwyca kolorami mieniącymi się w Słońcu. A tuż nad poziomem wody samoloty, które co kilka minut szybują zamiast mew… 

Równie piękny jest pobliski Cap Ferrat, półwysep, na którym osiedlili się magnaci w okazałych i wzniosłych rezydencjach. Również na wzgórzu. A ja powędrowałam jeszcze wyżej, do Eze, by mieć widok na całe te wybrzeże. I to był widok najpiękniejszy, jaki dotychczas widziałam. Rankiem, kiedy delikatna mgła unosiła się nad horyzontem, łącząc łagodną taflę morza i niebiańskie, przejrzyste niebo w jedną, spójną całość. Kiedy nie było widać wyraźniej linii widnokręgu, kiedy niebo zlewało się z morzem. Byłam w niebie. Dosłownie. Bo niebo było na ziemi. I jeśli miałabym polecić jakąś miejscowość, to właśnie tę bym poleciła. Najlepiej ze wschodem Słońca o poranku!

SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSCEzeSONY DSC
Plaża w NiceiSONY DSCPosiadłości w Cap Ferrat

Kategorie
Tagi

Zobacz wpisy

Dodaj komentarz

One Response to Lazurowe Wybrzeże

  1. Jula pisze:

    Ten przepych, luksus, to mnie jakoś odpycha. Wolę spokojniejsze miejsca i nie tak skażone napływem bogatych turystów.

up