Ostatnie 2 miesiące na Teneryfie…

18 marca 2017 20:20 10 8147
140A0762

Ostatnie 2 miesiące spędzone na Teneryfie to historia dobra na film, w którym my – młodzi, ambitni i zdeterminowani walczymy o marzenia! Niestrudzenie, mimo co chwilę pojawiających się przeszkód i problemów…

Dokładnie 8 stycznia wylądowaliśmy na małej wyspece, u podnóża wulkanu Teide by rozpocząć nowy biznes w nowym kraju. O tym dlaczego, pisałam już w poście – „Teneryfa po raz 3 – decydujące starcie” (kliknij, aby przeczytać). Przez kolejnych 9 tygodni działo się tyle, że nasze twarze pokryły się zmarszczkami, których nigdy dotąd nie mieliśmy… :roll: Stres, wyzwania, zmartwienia i zmęczenie… Odbiło się. To widać, słychać i czuć…

PIERWSZY MIESIĄC

To czas poszukiwań, setki wydzwonionych minut i tysiące przejrzanych ofert. Nie upieraliśmy się przy Puerto de la Cruz, ale tą miejscowość znamy najlepiej, gdyż to właśnie w niej spędziliśmy najwięcej czasu. Stąd też oczywista decyzja, że idziemy na rynek, który jest już zbadany. Wiedzieliśmy czego tam brakuje i chcieliśmy dać to ludziom ;) Oczywiście nie chcieliśmy od razu wynajmować* dużego lokalu i robić dużych biznesów – wiedzieliśmy, jak bardzo jest to nierozsądne – ale trafiła się doskonała okazja… i daliśmy się skusić! 300m2 w samym centrum miasta i cena, która, choć znacznie przewyższała nasze zamiary – była realna. 1800 euro / mc, ale mogło generować nawet 6000 euro / mc. Brzmi kusząco? No właśnie… A ryzyko wbrew pozorom nikłe, bo ceny zapodaliśmy takie, że na całej wyspie nie byłoby tańszego noclegu!!

Wynegocjowaliśmy niższą cenę (zbiliśmy do 1600e), dwa pierwsze miesiące za darmo (aby wyremontować i przygotować lokal) i podpisaliśmy umowę. Daliśmy Luisowi (agentowi nieruchomości i jednocześnie reprezentantowi firmy zarządzającej tą nieruchomością) depozyt, a on dał nam klucze. Znalezienie nieruchomości zajęło nam 5 dni, z dopełnieniem wszystkich formalności – 11 (łącznie, i to w trybach kanaryjskich podkreślam!!). Byliśmy szczęśliwi, bo wszystko zaczęło się tak prosto…

image (10)

My jak to my – przeszliśmy od razu do działania. Ściągnęliśmy robotników, wynajęliśmy samochód i zaczęliśmy planować zakupy, a Luis tymczasem obiecał załatwić nam wszystkie formalności. Toteż nie zdziwiliśmy się zbytnio, kiedy któregoś dnia wpadł, zabrał nam klucze i „wygonił nas” z lokalu. Tak, teraz to wiemy, ale wtedy ufaliśmy człowiekowi, który jak się zdawało – naprawdę się starał. Jeździł za pozwoleniami, składał dokumenty, rozmawiał z ludźmi, nawet wysyłał propozycje logo (przecież od musiał je komuś zlecić, zapłacić)!! Marnował swój czas, żeby nam pomóc! Wszakże my nie mówimy (jeszcze :P ) po hiszpańsku… Dlatego kiedy powiedział nam, że musimy opuścić lokal na kilka dni, bo musi załatwić pozwolenie na rozpoczęcie prac budowlanych – zaufaliśmy mu… Tu inne prawo - tłumaczył. Dzisiaj dziwi mnie fakt, że nie wzbudziło nas to podejrzeń (bo przecież każdy kto wynajmuje nieruchomość ma swoje zapasowe klucze!!).

Ale idźmy dalej…

Po kilku owch dniach umówiliśmy się z Luisem – pod naszym lokalem. Miał oddać klucze i przynieść pozwolenia. Mieliśmu porządnie ruszyć! Ale zamiast tego na miejscu zjawił się Antonio(?). Nie miał kluczy, nie mówił po angielsku i jedyne co zrobił to wykręcił nam numer do Luisa :/ Nie ma co gadać – wkurzyliśmy się. Nawet nie uprzedził! Ale ok. „Nie mogłem przyjechać. Tak, mam już wszystkie pozwolenia. Zobaczymy się w poniedziałek” (był piątek). Mija kolejnych kilka dni, w tym poniedziałek (bez żadnego odzewu) i bum – wtorek – mail od Luisa: Don’t get a permission. Fuck! Co za kutas! Okłamał nas!

Potem kłamał już tylko więcej… Nieustannie nas zbywał, nie przyjeżdżał na umówione spotkania, aż przestał odbierać telefony. Nasi pracownicy siedzieli bezczynie przez 2 tygodnie przez te jego pieprzone kłamstwa! Tyle kosztów, których mogliśmy uniknąć gdyby tylko zagrał z nami w otwarte karty… Ehh… Problem był też z oddaniem naszych osobistych rzeczy (narzędzia, materiały, wyposażenie), które pozostały w tym lokalu. Nękaliśmy go tygodniami zanim oddał wszystko… Były prośby, były groźby, nękanie… Ale oddał, wszystko bez wyjątku…

Obecnie jesteśmy na etapie kaucji, której nie oddał po dzień dzisiejszy, a która jest naprawdę duża i „robi różnicę”. Sprawa trwa już 2 miesiące, więc byliśmy na policji – nawet zabraliśmy kolegę lokalsa, żeby potraktowali nas serio, ale w odpowiedzi dostaliśmy tylko numer telefonu i taki szelmowski uśmieszek, w stylu „Odjebcie się ode mnie. Myślami jestem już na wieczornej imprezie…”. Jak to usłyszałam (że może mi tylko dać nr telefonu), to ataku śmiechu dostałam ;D Serio! -Canarian vibes kurwa, mówię mu i się zachodzę śmiechem, aż mu się głupio zrobiło. Temu policjantowi za biurkiem. Ale czego mogę oczekiwać od wymuskanego (co do włoska) gościa, z kolczykiem w uchu, nienaganną opalenizną i mundurem opiętym ciasno na klacie? Na pewno nie pomocy, a przynajmniej nie takiej, jakiej potrzebuję :P

Więc Romen – nasz miejscowy kolega – chwyta za telefon i dzwoni. W słuchawce martwa cisza…
Następnego dnia dzwoni Miguel (vel Chmielo) raz jeszcze. Tym razem bingo! Głos w słuchawce jest miły, włada perfekcyjną angielszczyzną i z równie perfekcyjnym akcentem oznajmia -This is not a crime :O So… fuck them. Załatwimy to po polsku :P (A tak na serio to sprawa idzie do sądu, ale o tym za chwilę…)

DRUGI MIESIĄC

17125832_1270655769693246_8290745297554898944_n

Błędy pierwszego miesiąca kosztowały nas tyle, że zwątpiliśmy już sami w słuszność swojej idei i nie byliśmy pewni, czy zostaniemy na dłużej. Nie mieliśmy już pieniędzy, a właściwie to dług do spłacenia i najbezpieczniejszą opcją był powrót do kraju i schematów, które działają. Zróbmy to co zawsze, tam gdzie zawsze i zaróbmy tyle co zawsze. Ale nie spełnimy swoich marzeń, nie zaczniemy zarabiać w euro i nie zamieszkamy na ciepłej wyspie… So?

Jakoś w tamtym czasie Damian rozmawiał z Dawidem (@thenowakowscy) i od słowa do słowa jakoś tak wyszło, że moglibyśmy podziałać coś razem na Tenerife… Pomysł był doskonały i niewątpliwie miał spory wpływ na to, że zostaliśmy. Tym razem wynajęliśmy chatę na pełny miesiąc (daleko, na odludziu, tym razem najtaniej jak się dało) i daliśmy sobie jeszcze „ten czas”, po którym mieliśmy albo już coś mieć, albo wracać do Polski…

Co zabawne, check-in’ując się do tego lokalu poznaliśmy Romena (wcześniej wspomnianego) – naszego rówieśnika w oryginalnej, kanaryjskiej wersji :D Romen, z racji zawodu orientował się w temacie i szybko podłapał ten pomysł. To właśnie on znalazł nam mieszkanie, które potem wynajęliśmy…

Mieszkanie znalazł szybko, nasza decyzja na TAK padła jeszcze szybciej, ale negocjacje trwały długo. Manuel – właściciel nieruchomości, okazał się twardym zawodnikiem. Stary, kanaryjski wyjadacz. Początkowo pomysł mu nie odpowiadał, obawiał się robienia hostelu z domu, w którym spędził swoje dzieciństwo. Z domu po swojej matce… Ale ostatecznie kilka czynników go przekonało:

→ przede wszystkim determinacja. TO MY podsuwaliśmy rozwiązania na napotykane na drodze problemy… Nie tą drogą to inną… Podczas gdy wielu odpuszcza już po pierwszym NIE…

→ zaangażowanie. Niesamowicie docenił nasze wysiłki i trud włożony w klecone niepoprawnie zdania po hiszpańsku z dość ograniczonej bazy znanych słówek :P Docenił też flaszkę Lubelskiej przywiezionej przez matulę z Polski i „goszczenie się” – wszkaże dla Hiszpanów RELACJE są cenniejsze niż pieniądze i to właśnie RELACJĘ musieliśmy zbudować zanim zdecydował się wynająć nam to mieszkanie. Zajęło nam to ze 3 tygodnie, podczas których widywaliśmy się z Manuelem regualnie, średnio 3x w tygodniu :D

→ RELACJĘ zbudowaliśmy też z jego synem i niewątpliwie mu to zaimponowało. A wszystko zaczęło się od jednego telefonu… pewnego dnia Manuel zadzwonił do syna (do Londynu) i dał nam słuchawkę. „Masz, gadaj” – mówi. No to pogadaliśmy :O O dziwo (i na nasze szczęście) pomysł hostelu przypadł mu do gustu i to ostatecznie przelało szalę na naszą stronę…

IMG_3800 (21)

Mieszanie WYNAJĘLIŚMY, chociaż nie w Puerto, a w Icod de los Vinos. Dlaczego? Bo tak się trafiło… Było piękne, typowo kanaryjskie, w pełni umeblowane i w dobrej cenie. Miasto wspaniałe, lokalne, okolica piękna! 5 minut do centrum, 10 minut do plaży i zaangażowanie Manuela w projekt (wszakże zbudowaliśmy relację :P). Jego zaangażowanie nie kończy się tylko na jego domu, on zaangażował się w nas! Stał się naszym hiszpańskim padre (ojciecem), który dba o swoje niezorientowane dzieci ;) To właśnie on zapoznał nas z adwokatem i „popchnął” sprawę do przodu. Na dzień dzisiejszy wygląda to tak, że daliśmy prawnikowi upoważnienie, by mógł działać w naszym imieniu. Prawnik wysłał burofax (coś jak przedsądowne wezwanie do zapłaty), a jak w poniedziałek pieniądze nie dojdą na konto – wszczynamy proces. Według naszego prawnika mamy 100% pewności co do wygranej, albowiem to co zrobił Luis było nielegalne w świetle prawa. On NIE MIAŁ PRAWA podpisać z nami umowy biznesowej, albowiem nie posiadamy numeru NIE (bardzo ważnego papierka), który powinien być w tej umowie zawarty, aby była ona pełnomocna. A jako iż to on jest agentem nieruchomości, a my imigrantami (że tak powiem) – odpowiedzialność leżała tu po jego stronie…

No cóż, nie spodziewaliśmy się, że doświadczenia na Tenerife będą tak trudne i tak bardzo dadzą nam w kość, ale gdyby nie to wszystko, nie było by tego co jest. A co jest? GUEST HOUSE! Własny, osobisty „hostel” na Teneryfie :D Słowa „hostel” używam w cudzysłowie celowo – albowiem z idei chcemy zrobić towarzyski i nastawiony na relacje „hostel”. Ale w technicznego punktu widzenia to raczej coś na kształ pensjonatu(?) – pokoje dwuosobowe. Toteż ostatecznie zdecydowaliśmy się to nazwać Guest Housem. Jest to niejako powrót do pierwotnego planu (wynajem domu i podnajem pokoi), ale w większej, rozszerzonej wersji ;) :P

OFERTĘ ZNAJDZIECIE TUTAJ!!!

Dopiero co skończyliśmy etap sprzątania i chociaż nie wszystko jeszcze wygląda tak, jakbyśmy sobie tego życzyli to mam nadzieję, że w przeciągu kolejnych, kilku miesięcy uda nam się nadać temu ostateczny szlif :D Ale wiecie (a przynajmniej powinniście :P ) – zanim wsadzimy w to pieniądze, chcemy zobaczyć, czy to w ogóle ma sens! Czy będzie się wynajmować? Czy ludzie dadzą szansę temu miejscu? Czas pokaże…

Dzisiejszy post to długi post. I bardzo szczery post. Ale chciałabym, aby ta historia mogła Was zainspirować, pokazać, że o marzenia się walczy, że czasem jest bardzo ciężko, ale nigdy nie można sobie odpuścić, bo nikt za nas tego nie zrobi!!

Myślicie, że nam było łatwo? Najpierw skradli nam laptopa (żyleta, bardzo drogi, specjalny do montowania filmów i co? Jeszcze 22 raty do spłacenia… :/). Potem mandat za odholowanie wozu (złe parkowanie) i porażka z hostelem… Poniesione koszta pracowników, mieszkań wynajętych „na ostatnią chwilę” i wciąż nieodzyskany depozyt… Razem kilka tysięcy euro w plecy… Chwilowe załamanie i pytanie – co dalej? Na świeczniku tylko 1 opcja:

.

Pamiętacie to? Większość z Was radziła nam BIERZCIE! WALCZCIE! Ale tak naprawdę to nie sądzę, żebyście sami zaryzykowali będąc w naszej sytuacji… Łatwo mówi się „bierz! Walcz!”, ale brać i walczyć, w sensie robić to – to już nie jest takie proste. Czy ryzykowalibyście gdybyście mieli do spłacenia (już na swoim koncie) kilkadziesiąt tysięcy złotych? Czy ryzkowalibyście kolejnymi pieniędzmi? I pamiętajcie, że mówiliśmy tu o sumach sięgających kilkunastu tysięcy złotych miesięcznie!! Czy byliście w stanie podjąć takie ryzyko? Ewentualnych 100 000zł strat? Wzięlibyście taką odpowiedzialność na siebie? Bez urazy… ale nie wydaje mi się.

My również nie chcieliśmy brać tego na siebie, albowiem to głupie ryzykować wszystkim. Ja wiem – w coachingu modne jest mówić RYZYKUJ, ale ryzyko musi mieć swoje granice. Jeśli nie masz nic, to nie masz nic do stracenia, ale jeśli masz już coś, co dobrze działa, funkcjonuje i spisuje się – żal to tracić… 

Mi osobiście żal zaryzykować rok życia. Wy mówicie „tylko rok życia”, dla mnie to aż 365 okazji do zrobienia czegoś wspaniałego. Całkiem inaczej wraca się jako przegrany, który ma do czego wrócić i ma czym się zająć (np. planowaniem kolejnego tripa :D), a całkiem inaczej wraca się jako przegrany, który ma nad sobą widmo co najmniej roku (jak nie więcej) harowania na pieniądze, których nawet nie zobaczy. Na dług. Nawet jeśli to „tylko rok”, to dla mnie aż 365 dni odmawiania sobie absolutnie wszystkiego, każdej przyjemności, pozbawienie się życia przez tenże rok… Kto miał kiedyś jakieś długi to wie, jak ciężko iść do pracy z wizją pracowania dla pieniędzy, które są już wydane… No i sam fakt, że nasza firma w Polsce też dostałaby mocno po dupie… Byłby nie rozwój, a stagnacja…

Dlatego też my, mimo iż ten dom niezmiernie nam się podobał, zrezygnowaliśmy z niego jeszcze tego samego dnia… Był za drogi. Ryzyko za duże. My za mali…

Bo RYZYKO to jedno. Trzeba umieć je podejmować, trzeba mieć w sobie ODWAGĘ, ale nie ZUCHWALSTWO, bo to zakrawa na GŁUPOTĘ. RYZYKUJ, ale pamiętaj o KONSEKWENCJACH! Ostatecznie, zostaniesz z nimi sam… WALCZYĆ trzeba w słusznej wierze, a nie pazernie na pieniądze. WALCZYĆ NALEŻY O PRZEZNACZENIE!!

Jeśli doszliście do końca to mam nadzieję, że wyciągniecie wiele cennych lekcji z tej historii, albowiem najlepiej uczyć się jest na błędach cudzych – nie swoich. Mam nadzieję, że zachęci Was to do podejmowania walki o swoje marzenia, do odwagi czynienia rzeczy niedorzecznych, ale nie głupich. Do ryzyka, ale z pełną odpowiedzialnością za swoje czyny. Z przylepionym do czoła słowem KONSEKWENCJE!

Ostatecznie, Teneryfa dała nam popalić, ale może tak właśnie miało być? To była cenna lekcja pokory i cierpliwości, ostatecznie udało nam się z innym domem – mniejszym, tańszym, mniej ryzykownym. Bez tylu papierów i zobowiązania na rok (wynegocjowaliśmy sobie otwartą drogę, by po ewentualnych 3 miesiącach się wycofać :D ). Dzięki temu poznaliśmy wspaniałych ludzi, którzy nieustannie nam pomagali rozwiązywać nasze problemy i poruszać się po obcym kraju! Uciekliśmy ze zniemczonego Puero de la Cruz do lokalnej mieściny! Mamy własnego adwokata (który przy okazji wyrabia nam lokalne papiery (abyśmy ZAISTNIELI jako ludzie na Teneryfie :P ) i czuwa nad tym, by dopełnić wszystkich, prawnych formalności. Wyrobiliśmy kontakty, które mogą zaowocować w przyszłości! Nawet z kanaryjskim policjantem skręta jaraliśmy :lol: Także nikt nas tu już nie ruszy :P Mamy rodzinę… Własną, hiszpańską rodzinę… Ludzi, którzy poświęcili się nam bezgranicznie, a przy tym bezinteresownie!! Czyż to nie wspaniałe? Bo chociaż nie było łatwo – postawiliśmy w końcu ten milowy krok w stronę naszych marzeń ;)

No i było też wiele pięknych momentów… 

16906958_1846425738959308_306328646782550016_n-horz no i sesja z @thenowakowscy – efekty już w krótce! :D

IMG_0773Co dalej? Mamy nadzieję, że zainteresowanie naszym guest housem będzie na tyle duże, by pozwolić nam przetrwać tam rok. Nie liczymy na duże zarobki (właściwie to nie ma tylu pokoi, żeby jakoś sensownie na tym zarabiać), ale najpierw chcielibyśmy poznać lepiej tą gałąź biznesu, ten rynek i jego wymagania, nauczyć się hiszpańskiego i wyrobić więcej kontaktów. Chcielibyśmy wykorzystać ten rok do nauki, wdrożenia się w nowy kraj. Bowiem doskonale zdajemy sobie sprawę, że jeszcze niejedna rzecz nas zaskoczy i pewnie nie jeden błąd jeszcze popełnimy… Także nie pazernie, a powoli – ale najważniejsze, że do przodu!!

* Dla tych, którym bierze się kupno (nie wiadomo zresztą skąd i na jakiej podstawie??) wyjaśniam, że nie jesteśmy na tyle głupi by wsadzać tyle kasy w nieznany kraj, nieznany rynek i nieznane prawo. Po co? Po co mielibyśmy to robić?? Najpierw nauka, potem dopiero ewentualnie kupno czegoś swojego!!

Kategorie
Tagi

Zobacz wpisy

Odpowiedz na „Aɹʇnɹ HɐɹɐsıɯoʍıɔzAnuluj pisanie odpowiedzi

10 comments on Ostatnie 2 miesiące na Teneryfie…

  1. Kate_Bogdal pisze:

    Pamiętajcie że kto nie ryzykuje ten nie świętuje. I nie chodzi o to żeby ryzykować całą swoją przyszłością ale ryzykować z głową. Wam się póki co udaje a porażki traktujące jak lekcje życia dzięki której jesteście mądrzejsi. Trzymam kciuki za Was i wasze marzenia. A jak będę na Teneryfie to z pewnością Was odwiedzę.

  2. a.bartoszko pisze:

    Upartość to dobra cecha!! a porażki bierzecie jako cenną lekcje życia. Gratuluje i życzę sukcesów!! i mam nadzieje ze na własne oczy zobaczę Wasz domek <3 pozdrawiam

  3. Martyna pisze:

    Świetnie sobie poradziliście, co was nie zabije, to wzmocni! Bardzo motywujący wpis. Planuję z mężem wyjazd na Teneryfę w tym roku. Z chęcią zatrzymamy się w tym pięknym domu z duszą :) Mam nadzieję, że będę miała okazję poznać Was we wrześniu :)

  4. Aɹʇnɹ Hɐɹɐsıɯoʍıɔz pisze:

    Muszę powiedzieć, że jestem dla krajanów pełen podziwu a nawet zdrowo zazdraszczam. Pozdrowienia z zielonej Irlandii doczepiam.

  5. Czytam z niedowierzaniem! Jak wiele nerwów i presji musieliście znieść. Prawnicy, zakłamani ludzie, którzy chcą wykorzystać, niepewność i strach. Gratulacje !! Jesteście przykładem na pogoń za marzeniem ! Najważniejsze, że jesteście razem w tym wszystkim.
    Trzymam za Was kciuki i z całego serca życzę powodzenia! ;)

  6. Super sprawa! gratuluje wam bardzo i zycze powodzenia! Uwielbiam was czytac i patrzec jak sie rozwijacie. Zawsze inspirujecie

  7. Mk pisze:

    Ogólnie podziwiam Was za wytrwałość, ale jak Wam przyszło do głowy, że można cokolwiek podpisywać bez obecności adwokata? Trochę sami sprokurowaliście te problemy. Ludziom jak się da otwartą furtkę i do tego wchodzą w grę niemałe pieniądze to zakończenia jest raczej łatwe do przewidzenia, prawda?

    • Vicky pisze:

      Nie twierdzimy, że nie – popełniliśmy całe mnóstwo błędów, ale wiesz jak to jest. Nowy kraj, nieznajomość prawa, języka, nawet kultury. Stres, presja czasu i brak wystarczającej czujności… Zresztą w Polsce umowy najmu też nikt nie podpisuje umów najmu w obecności adwokata, bo jest to przecież normalna, powszechna umowa cywilno-prawna…

  8. Wspaniale opisane no i te słowa motywacyjne dużo mi dały. Dobrze, że nie zdecydowaliście się na zakup tego domu, takie koszty to ogromne wyzwanie nie do przeskoczenia…

    Pozdrawiam!

  9. Czytelniczka pisze:

    Miałam podobny pomysł, tylko na innej hiszpańskiej wyspie. Nie myśleliście nigdy o Ibizie? Tam ceny są kosmiczne, ale niestety wynajęcie domu czy mieszkania graniczy z cudem…

up