Wyspa Phi Phi – Raj utracony przez turystów

27 kwietnia 2015 18:35 6 6113
y (4)

Nie ma nic piękniejszego niż twory Matki Natury i nic bardziej podniecającego, jak myśl, że mogłoby to należeć tylko do mnie, tylko do mojej dyspozycji. Schowane przed światem, nieznane nikomu i nie oczekujące przybycia nikogo. Moje. Tylko moje. I mój niezmącony spokój…

Nie wiem, czy idea ta słuszna jest, ale na pewno pociągająca, bo któż z nas nie chciałby mieć raju tylko dla siebie i na swój własny tylko użytek? Jeśli bywałeś już w takich miejscach to zapewne wiesz doskonale, jak piękne potrafią być i jak zepsute jednocześnie, przez hordy tępych turystów. Takich to, co i owszem docenią ten lazur wód, bo ciepła jest, cieplejsza ze dwa razy niż Bałtyk i miło się popluskać w upalne, niezmącone wiatrem dni. Docenią też mięciutki piasek, bo tak przyjemnie łaskocze im te przestrzenie pomiędzy palcami i tak miło leży się na piasku, kiedy nic nie kłuje i nie wpija się w plecy. Docenią i widok ładny, ale bardziej niż ładny to sławny, bo liczy się przede wszystkim prestiż.

z (1)

I oto właśnie chodziło A. Garlandowi, kiedy pisał powieść „Niebiańska plaża”. Pewnie jej nie kojarzysz, ale film na pewno oglądałeś. To ten z Leonado DiCaprio, o tym samym tytule, w którym to poszukiwał on raju, raju osobistego. Idea cudowna, ale bądźmy realistami – świat daje wszystkim jednakowe prawo do korzystania ze swoich dóbr! Nie można ich przywłaszczyć tylko dla siebie i ukryć przed światem, bo to świat właśnie odkrył je przed nami. I może świat nie powinien tego robić, bo człowiek go niszczy i zabija powoli, ale skąd świat miał wiedzieć, że człowiek to tak niewdzięczne stworzenie?!

 y (2)

Żaden turysta się oczywiście do tego nie przyzna. Na pewno „docenia” on piękno natury i dba o nie, bo chodzi mu tylko o chill out na plaży, ale bądźmy szczerzy – jak nie ma na niej baru z drinkami i jakiegoś fast fooda to już się nie należy za długo, bo go skręcać będzie od środka i znajdzie sobie inną, taką z zaopatrzeniem. I może się wtedy cisnąć nawet w kilkaset osób, na skrawku plaży, w ogromnym gwarze i ścisku, może przepychać się i deptać nawzajem z innymi, ale szczęśliwy jest, bo oto i ona – Niebiańska Plaża (sławna i z barem!). A co tam, że ciasno, i że do wody wejść ciężko, bo dziesiątki łódek i statków, blokują całą linię brzegową. Co tam, że głośno, że brudno, że się śmieci walają… Oni przecież tę naturę doceniają i o nią dbają. Masowo.

Niestety, nie mamy zdjęć by Wam pokazać ten komiczny widok, bo kiedy tylko podpłynęliśmy kawałek, to tak bardzo w niesmak nam było, że plaża ta nie Niebiańską a Diabelską wydawać nam się poczęła i postanowiliśmy zawrócić…

w (2)

Całe szczęście, mieliśmy ten komfort, bo łódkę wzięliśmy prywatnie, a nie grupowo (ale o tym jeszcze rozpiszę się więcej w najbliższym czasie, bo myślę, że zasługujecie na parę wyjaśnień w tej sprawie) i popłynęliśmy w mniej znaną zatoczkę, gdzie zostaliśmy tylko w dwie łódki i 6 osób. 6 osób, podczas gdy 10 minut drogi stąd było ich z 600! I chociaż małą, to mieliśmy plażę tylko dla siebie (i wolny dostęp do wody!). I chociaż brudno było – to brud ten był naturalny, przez naturę stworzony z opadających liści i kawałków rozbitych muszli. I o głowy nasze bać się nie musieliśmy, kiedy to je pod wodę chowaliśmy i snurkowaliśmy, że ich jakaś łódka nie zauważy i odetnie. Cóż… Byłam w raju, a raj był we mnie. Miałam go na własność i choć trwało to krótko, to uczucie te było cudowne. Ciche, spokojne, ulotne.

i (1)

Poza tym, obie wyspy (nierozerwalnie związane ze sobą) – rajska Phi Phi Le oraz mieszkalna Phi Phi Don – są okrutnie skomercjalizowane, ale jeśli dobrze poszukacie, odnajdziecie tam spokój. My odnaleźliśmy go w cywilizowanej dżungli, pośród drzew i małpek, gdzie uciecha chwili spędzonej na hamaku nie mogła dorównać żadnej z atrakcji. Gdzie z dala nam było od głównego, tętniącego rozrywką centrum, gdzie drogo i tak było, bo na wyspach drogo jest wszędzie, ale gdzie chill out brany był na dosłownie i płonęło zioło. Dużo, dużo zioła. Podobno nielegalne, ale częstowali nas tam całkiem za darmo i całkiem wprost pytaniem, nie zważając na to jak zareagujemy, ani nawet na obsługę pensjonatu, która przyjmowała to bez najmniejszych krytycznych słów czy spojrzeń. I byli tam ludzie, po lat 20 i po lat 60 dobrych kilka, Europejczycy i Tajowie, i byli jak jedność, jak ta społeczność z tego filmu właśnie, gdzie chodziło tylko o to, by chłonąć raj…

abcd (1 of 1)-31

PS. Viking Nature Resort – gdyby ktoś pytał o to, gdzie w raju można się delektować rajem. A obok Long Beach – chyba najładniejsza z plaż na mieszkalnej wyspie, i choć ludna, to spokojna. Co do rajskiej zatoczki na Phi Phi Le – takich w Tajlandii jest na pęczki, ale musicie poszukać… Wynajmijcie własną łódkę, zróbcie rundkę po okolicznych wysepkach i nie pakujcie się tam, gdzie pakują się wszyscy. Naprawdę nie warto.

Kategorie
Tagi

Zobacz wpisy

Dodaj komentarz

6 comments on Wyspa Phi Phi – Raj utracony przez turystów

  1. Michalina R. pisze:

    Aż z zazdrością patrzę na te zdjęcia! Ale coś w tym jest, że jak nie ma drinków na plaży to ludzie na niej długo nie posiedzą. Ja lubię czasami cisze i spokój :)

  2. Parasolka pisze:

    Piękne zdjęcia, tekst piękny i myśl piękna. Szkoda, że ludzi tak pięknych w tejże prostocie już nie tak wiele jak kiedyś…

  3. Kamka pisze:

    Wooooooow;o nie ma słów żeby to opisać:) Coś bajecznego:)

  4. Marta pisze:

    Hej, pisaliście coś wiecej apropo wynajęcia tej łódki? Bo jesli tak to mi umknęło a chciałabym zasięgnąć paru informacji

  5. Ola pisze:

    Cudo! Tajlandia od jakiegoś czasu czeka w kolejce na mojej podróżniczej liście marzeń :) piękny wpis, najfajniej jednak zwiedzać, poznawać i czuć kraj w miejscach, które nie są oblężone przez turystów!

up