Jak się wchodzi nocą na wulkan? – el Teide 3718m

21 maja 2017 21:30 9 4215
majówka (1 of 1)-319

Na Teide po raz pierwszy wchodziliśmy z Damianem niecałe 2 lata temu, jednakże nie powiodło się to wówczas sukcesem. Ograniczył nas brak wiedzy (pozwoleń), czas (za późno wystartowaliśmy) i głupota (wcale się nie przygotowaliśmy! Nie mieliśmy jedzenia ani wystarczającej ilości wody!). Nie dotarliśmy na szczyt i mały niedosyt został…

Nie był jednak wystarczająco natarczywy dopóty, dopóki Romek nie opowiedział nam o swoich nocnych podbojach wulkanu. Coś we mnie wtedy drgnęło, coś się włączyło. Taka nieodparta chęć, żeby zrobić to samo! W końcu kto decyduje się na tak radykalną wersję turystyki?! (Okazuje się, że całkiem sporo osób, ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam :P) Pomysł wydawał się wspaniały, ale ciągle coś było ważniejsze. Otwieraliśmy biznes. To chyba normalne…

Całe szczęście nie musieliśmy czekać długo – znowu jesteśmy na Teneryfie, i tym razem dopięliśmy swego! No nie powiem – nie było to takie hop siup, w końcu to niezbyt przyjemny spacerek. Niełatwo się zmusić do ciężkiego wysiłku fizycznego o godzinie, o której wszyscy kładą się spać… Ani tym bardziej wytrwać w tym poczuciu, kiedy o 6 nad ranem nadal suniesz – dosłownie, suniesz! – wymuszając na swoich nogach jeszcze tylko jeden krok! Jeszcze jeden, jeszcze tylko jeden i kolejny jeden! :) Twoje zmęczone brakiem snu i długotrwałym, intensywnym wysiłkiem ciało, wysyła głowie tylko jeden komunikat: “Przestań! Po co Ty to w ogóle robisz?”. No fakt. Po co? Sama tego nie wiem… Przecież wschód mogę sobie obejrzeć kilkaset metrów niżej i nadal będzie piękny! Kilkadziesiąt metrów w górę wcale nie doda mu dodatkowej atrakcyjności! I im dłużej się tak zastanawiam, tym bardziej sobie uświadamiam bezsensowność mojego działania. Zaczynam wątpić. I odpuszczać…

_DSC0030-5

Nie, nie, wcale nie! :-P  Szybko nastawiam psychikę na właściwe tory (tj. myślenie o tym, gdzie akurat powinnam postawić swoją nogę :-P  i czego ewentualnie mogę się złapać :-P ). Nie warto podczas takich wyzwań silić się na więcej bo to bardziej szkodzi niż sprzyja. Trzeba się skupić na robocie. Tyle.

Czy nadal nurtuje Was myśl “po co?”, “dlaczego?”. Dzisiaj, z perspektywy 2 dni odpoczynku, mogę śmiało powiedzieć: “Nie wiem, ale to mnie nakręca! Mam ochotę zrobić to jeszcze raz, choćby i dzisiaj!”. To było piękne doświadczenie! Decydując się na nie, chciałam po prostu zdobyć jakiś szczyt. Nigdy w sumie nie zdobyłam (tak naprawdę!) żadnego szczytu! Co najwyżej pagórek, ale gdzie tam używać słowa wspinaczka! Co najwyżej spacerek… Chciałam poczuć to, co czują ludzie, kiedy to robią. Co czują, co myślą, po co to robią? Oni nie wiedzą. Przynajmniej Ci, których pytałam po drodze – nie wiedzieli. Tak jak i ja nie wiem. Ale wiem, że pragnę tego więcej. Chcę czuć w sobie tę moc, która rozpiera mnie po takim dokonaniu! Czy chodzi o to samo o co w biegach długodystansowych? Chyba tak. Chodzi o pokonanie swoich własnych barier. Fizycznych, psychicznych, mentalnych. Chodzi o przejęcie kontroli i wytrwałość. Cierpliwość. Wtedy namacalnie masz życie w swoich rękach. Robisz coś, co sprawia Ci ogrom bólu, cierpienia, ale robisz to dalej, świadomie, bo wiesz, że dzięki temu stajesz się silniejszy/a! To taka najpiękniejsza metafora zmian dokonujących się w człowieku. A niby to tylko jakieś tam Teide z 3718m :P

_DSC0571-2

Potrafi dać w kość! Ruszyliśmy z Kaśką i Filipem (gośćmi naszego guesthousu) i oczywiście Miguelem, około 00:30 spod domu. Wysokość naszego położenia początkowego to ok. 230m n.p.m., którą w ciągu zaledwie godziny jazdy samochodem podbiliśmy o mniej więcej 2km w górę!! O 1:30 wystartowaliśmy z parkingu na TF-21 i ruszyliśmy w drogę…

Pierwsze 4,6km poszło nam jak z płatka, ale fakt – to prosta droga o niewielkim stopniu nachylenia… Było niewiarygodnie ciemno, ale i bezchmurnie, więc było mi dane zobaczyć jeden z najpiękniejszych widoków w moim życiu! Miliony gwiazdy połyskujących na niebie!! Tworzyły piękne, choć nieznane mi konstelacje, a co najpiękniejsze – drogę mleczną widziałam, chyba pierwszy raz w życiu! O tak, gołym okiem, nieskazitelnie idealny, połyskujący, choć jakby „roztopiony” na świetlistym niebie. Oj piękny to był widok, zapierający dech w piersiach! Jeden z tych, które pamięta się całe życie!!

Potem nie było już tak cudownie i kolorowo, bo zamiast na niebo, musieliśmy zacząć baczniej patrzeć pod nogi. Od 4,6km zaczęło się robić stromo i ciasno, i nieustannie trzeba było zwracać uwagę na kamienie pod stopami. Szliśmy w miarę równo. Kaśka z Filipem, Ja z Miguelem i Damian, gdzieś daleko na przodzie! Drogę oświecaliśmy sobie latarkami, marsz uprzyjemnialiśmy piosenkami (Miguel zadbał o odpowiednie nagłośnienie :P) i nim się spostrzegliśmy wylądowaliśmy koło Altavisty (schroniska). Była 4 nad ranem. 7,1km za nami w mniej niż 2h 30min. Hmm dobry czas. Wysokość ok. 3300m n.p.m. Nieźle! W 3 godziny przeskoczyliśmy jakieś 3km w górę! Nic dziwnego, że Kaśce zrobiło się słabo!! Próbowaliśmy odpocząć, bo byliśmy dobre 1,5h przed czasem (nasza forma okazała się lepsza niż zakładaliśmy :P) w ciepłym salonie schroniska. Kto mógł ten spał, a ja sypiać w takich okolicznościach niespecjalnie umiem i niespecjalnie lubię, toteż spokojnie czekałam grzejąc się kubkiem gorącej czekolady. Gdy wybiła 5:20 ruszyliśmy dalej…

_DSC0176

Przed nami zostały już ostatnie 2km, jednakże te najtrudniejsze ze wszystkich… Strome, wysokie, tlenu w powietrzu mało, a siarką jedzie tak, że człowieka przyprawia o mdłości! No cóż, ciśniemy. Z latarkami w ręku, gdzieś pomiędzy skałami, aż tu nagle zonk i się orientujemy, że żadni ludzie tędy nie chodzą! Que pasa, novio? Pomyliłeś drogi?!

Orientujemy się, że idziemy nie tym zboczem wyżłobiny, którym powinniśmy iść… Ale niespecjalnie uśmiecha nam się przecinanie jej teraz, kiedy trzeba by tak stromo schodzić w dół, a potem znowu wspinać się na górę… Postanawiamy, że idziemy dalej, tak długo, aż znajdziemy jakieś lepsze zejście. Wspinamy się (dosłownie!! wspinamy, climbing’ujemy!!) bitą godzinę, aż w końcu udaje nam się trafić na ścieżkę, z której nieświadomie zboczyliśmy. Jest już po 6 rano, mamy niewiele ponad pół godziny zanim wzejdzie słońce… A drogi jeszcze sporo…

_DSC0356-horz
Nie da się przecenić atutów dobrych butów! Nasze Merrell’ki spisały się na tip top ;)

Może nie dużo odległościowo, ale ekstramalnie stromo. Do tego tlenu coraz mniej a siarki coraz więcej. Moje siły gwałtownie słabną aż w końcu, ledwie kilkanaście metrów przed szczytem – osuwam się na ziemię i próbuję zwymiotować. Niestety, nie mam czym :P

Dwie minuty przerwy i jakoś doczłapuję do szczytu. Jest 7:10. Za 3 minuty wschód słońca… Wschodzi idealnie! Jak w zegarku! Ni mniej, ni więcej – 7:13! Jest piękny, bezwietrzny poranek. Promienie słońca od razu rozgrzewają nasze zmarznięte twarze i w ciągu kilku minut podgrzewają temperaturę tak, że musimy zrzucić kilka warstw ubrań :)

_DSC0441

Nie jestem pewna, ile czasu spędziliśmy na szczycie, ale podejrzewam, że co najmniej pół godziny. Podczas gdy inni wracali – my robiliśmy zdjęcia, Miguel wisiał na telefonie, chłonęliśmy widoki. Znaczną część wyspy pod nami pokrywały gęste chmury, ale za to widok na el Hierro był fantastyczny! No i sam krater… cóż. Dziwny, stromy, zasypany, w ogóle w wyglądzie do krateru nie podobny. Wewnątrz sporo żółtych plam – siarka. Siarką też buchał spomiędzy kamieni ciepły dym, coś jakby para wodna?! Ciężko powiedzieć mi, co to było, ale jedno jest pewne – ten wulkan żył! Dawał znać o swojej aktywności i uświadamiał człowieka, że w każdej chwili może wybuchnąć… Serio. Dziwne uczucie. Nieco napawające człowieka strachem…

No cóż. Wulkan wulkanem, ale kiedy zmęczenie daje o sobie znać – trzeba wracać! Jeszcze tylko 9,3km w dół… i z godzinkę jazdy do domu… :P Tym razem za dnia, przy dobrej widoczności, ale za to słońcu tak piekącym, że w ciągu 30 minut spieka mój nos do czerwoności! Całe szczęście, dobrzy ludzie na trasie ratują mnie kremami :P W domu, zmęczona dochodzę do siebie 2 dni :) Ale jaka jestem szczęśliwa!

majówka (1 of 1)-354

Po raz kolejny w życiu spełniłam swoje marzenie, pokonałam własne granice, przesunęłam swoje horyzonty. Zrobiłam coś, o co nigdy bym się nie podejrzewała!! Wytrwałam. Dałam radę. Po raz kolejny udowodniłam sobie, że jedyne ograniczenia są w naszych głowach i po raz kolejny, napisałam piękną historię mojego życia. Tak, żeby na starość mieć co wspominać :) POLECAM KAŻDEMU!!

(W szczególności, że w ten sposób tworzycie nie tylko wyjątkowe wspomnienia, ale i z czysto technicznego powodu – wchodząc na szczyt przed 9 rano – nie trzeba mieć pozwolenia!!)

Kategorie
Tagi

Zobacz wpisy

Dodaj komentarz

9 comments on Jak się wchodzi nocą na wulkan? – el Teide 3718m

  1. Paula pisze:

    Jak zawsze szacun! Myślicie, że taka nocna wyprawa w grudniu jest dobrym pomysłem? Czy osoba o średniej kondycji poradziłaby sobie z takim wyzwaniem? :)

    • Vicky pisze:

      Jak najbardziej – sami mamy słaba kondycje a juz w szczególności w odniesieniudo gór!! W grudniu myśle ze bezproblemowo ale pamiętaj, ze na górze bedzie wówczas minusowa temperatura – ubierz sie ciepło!!

  2. Arek pisze:

    Świetna relacja. Czytałem jakbym tam był bo tak właśnie sobie taką wyprawę wyobrażam. Na pewno pójdę w waszymi śladami na ten szczyt :)

  3. Aśka pisze:

    tak to ładnie opisałaś, że sama miałabym ochotę wejść na ten wulkan, chociaż chodzenie po górach nigdy mnie nie jarało. gratuluję wytrwałości! :)

  4. Daga pisze:

    Dzięki za relacje, jednak mam pytanie. Czy mieliście zarezerwowany nocleg w schronisku i czy również trzeba zejść przed 9 rano, gdy nie ma się pozwolenia?

    • Vicky pisze:

      Nie, nie mieliśmy zarezerwowanego noclegu – wpadliśmy tam przeczekać godzinę – półtorej, bo za szybko wchodziliśmy :D :P I nie, nie trzeba schodzić przed 9 rano, wystarczy, że zdążysz wejść ;)

  5. Anastazja pisze:

    To musi być niesamowite przeżycie. Naprawdę zazdroszczę takiej wycieczki. Miło się czytało twoją relację
    Pozdrawiam!

  6. paweł pisze:

    nocleg w schronisku bookowaliście wcześniej czy po prostu przyszliście tam „z marszu” ?

up